>> #74 << 2010-01-27 09:39:04

Wpadłam szybko, ażeby dokonać obietnicy.

Nigdy więcej nie zostawiać sobie wszystkiego na ostatnią chwilę. Mam na myśli. NIGDY. WIĘCEJ. I nie chodzi mi tylko o pisanie referatu o 3 w nocy.

Święty Augustyn myli mi się z Arystotelesem (how?), skale pomiaru Stevensa nie są ani trochę bardziej jasne niż wcześniej, nie mówiąc o tym, że język rachunku predykatów ssie.
W zaistniałej sytuacji paradoksalnie z radością siadam do biologii i zagłębiam się w uchu. Myślę, że mogłam nieopatrznie ją polubić. Fuck.

Są takie rzeczy na świecie, o których się filozofom...

Lecę. Będzie lepiej, po sesji, po sesji!

skomentuj (0)



>> #73 - next year, baby... << 2009-12-29 22:11:28

A więc tak - wszystkim, którzy przypadkiem lub celowo się zaplączą w tę okolicę: szczęśliwego nowego roku! Z serca mego :)

Mogłabym na tym zakończyć w zasadzie. Ale tu się rozwlekę ^^

Leżąc sobie poświątecznie, słuchając muzyki (Chad Smith's Bombastic Meatbats...), sącząc herbatę z kubka z Audrey Hepburn, chcąc nie chcąc, robię podsumowanie.

Otóż, pod względem blogowania: nie był to najobfitszy mój rok, co chyba widać. Aczkolwiek na jego początku rozmnożyłam się, można powiedzieć, rzuciło mnie na inne wody blogowe i jest to nawet fajne. Choć postanawiam sobie zrobić lepszy użytek z tej mojej przestrzeni internetowej. Postanowienie nr 1.

Pod względem filmowym/filmwebowym: moje przywiązanie do portalu osłabło (można rzec: jest odwrotnie proporcjonalne do liczby nowych, niepokojąco pokemonowatych użytkowników), choć zdobyłam łeb!, moje przywiązanie do filmów - istnieje. Serialowo - w trakcie zbyt dużej ilości rozpoczętych seriali, ale co zrobić. Stałam się fanką Przyjaciół. ^^ W roku bieżącym: 297 filmów obejrzanych, ocenionych; średnia ocena: 6,08. Średnio 0,8 filmu dziennie. Nieźle, ale postanawiam poprawę! Postanowienie nr 2.

Pod względem muzycznym (tu wkraczają statystyki lastowe): podczas ostatnich 12 miesięcy najwięcej na komputerze słuchałam Johna Frusciante (jeżeli to kogoś zaskoczy). Pozostałe 9 miejsc zajmują: Radiohead, The Beatles, King Crimson, Joshua Redman, Jose Gonzalez, Hajdamaki, Okean Elzy, Philip Glass i - tamtaradam - Rammstein. Kto by się spodziewał? ;) W moim muzycznym życiu pozakomputerowym było dużo Trójki, dużo Tori, dużo Beatlesów i dużo jazzu. A w prawdziwym życiu muzycznym był koncert Radiohead. Postanawiam sobie słuchać otwartym uchem i bez uprzedzeń, i nadal odkrywać muzykę. Postanowienie nr 3.

Pod względem czytelniczym: nie mam jak się podeprzeć statystyką. Ale niestety, tempo spadło, muszę to przyznać. W ramach projektu 'czytam wszystkie National Geographici, które mam w domu' przeczytałam 2. Imponujący wynik. Ze szkoły zapamiętałam Zdążyć przed Panem Bogiem, Inny świat, i Gombrowicza, Barańczaka do matury... i do tych niechybnie wrócę. Czytało się Kinga, Gaimana, moich panów od grozy i innych światów, Shakespeare'a wciąż, ale będzie się czytać więcej. Postanowienie nr 4.


A tak w życiu, bywało różnie. Ale przeważnie dobrze. ;) Studiowanie jest nowe, jest dziwne, jest przyjemne. Zagłębianie się samemu w podręczniki, książki, filozofię, niezliczone źródła, które mam szczęśliwie w domu... Podoba mi się to. Jest kilku dziwnych ludzi, z którymi mniej lub bardziej potrafię się dogadać. Łódź na swój dziwny sposób staje się swojska. Już się tak nie gubię. Nauka samoobrony w ramach wfu jest... dość wciągająca. Kto wie, może na stare lata człowiek zacznie trenować? Tak czy inaczej, Stevenem Seagalem już nie zostanę. Mówię to z żalem (trochę autentycznym). ;)

Poza tym, stan osobowy w domu utrzymany, wszyscy są, łącznie z psem i szczurem. Jestem szczęśliwa z tego powodu.
A ten rok zaczął się z Falką i skończy się z Falką, co również napawa mnie szczęściem i radością. ;)
Postanowienia inne, wybaczcie, zachowam dla siebie.

So, cieszcie się swoim Sylwestrem i dużo wszystkiego w nowym roku!

skomentuj (2)



>> #72 - it must be LOVE. << 2009-09-14 13:50:07




Yep. ;)

Dzisiaj ostatni z ostatnich meczów, finał panów. Finał pań się odbył, wygrała Kim Clijsters, jeśli to kogoś interesuje - całkowicie zasłużenie, grała genialnie cały turniej ;) Szkoda, że Rafael nie dotarł do finału...

Ach. It must be love.

A, i nasi siatkarze też dali czadu!

Tyle o sporcie. Ja natomiast jestem chora. (jeeesień... jeeesień... jeeesień... jeeesień...)

Czuję się jak flak. Nie będę przybliżać szczegółów. Leżę i oglądam tenis/siatkówkę/Przyjaciół. Czytam Ryszarda III, co po raz kolejny doprowadza mnie do wniosku, że rody królewskie to zdegenerowani psychopaci - co jeden, to lepszy.
A że jestem w nastroju szczególnym, to słucham Alicii Keys. Dużo Alicii Keys.
Prawdopodobnie zaraz sobie włączę "Show biznes, Drogę na Broadway" i obejrzę to po raz, powiedzmy, dwudziesty. Oh well. :P

(A w ogóle to się na studia dostałam, ale ciii... już się więcej nikomu nie przyznam, bo zostanę na wieki wyklęta, po wsze czasy, hańba na mnie i na moje dzieci... :D)

Aha, chyba to już tu kiedyś umieszczałam, niemniej: Free Rice. Daj trochę ryżu.



PS. Kurczę.
I znowu jestem w jakimś takim alterglobalistycznym nastroju. Potrzebuję No Logo.

PS2. Ja trzeźwa jestem, jakby co. :P

skomentuj (4)



>> #71 - the most perfect day i've ever seen... << 2009-08-27 19:23:05

Dawno mnie tu nie było... ;)

Dzisiaj będzie wpis z cyklu 'koncerty'. Długaśny wpis, ale co zrobić, nie musicie go czytać całego ;P
Radiohead, Cytadela, Poznań. 25. sierpnia 2009. A więc - marzenia się spełniają ;) Wyjazd był trochę przeklęty od samego początku. Mimo to udało się dojechać, zobaczyć i wrócić. Choć niewiele na to wskazywało w pewnym momencie ;)

Ale udało się. Udało się pojechać i zobaczyć ten jeden z najważniejszych, jakby nie było, zespołów w moim życiu. Nie obchodzą mnie za bardzo rankingi typu 'najważniejszy zespół w historii' i takie tam, więc nic na ten temat nie powiem. O. Powiem, że po całym halo związanym z Madonną i U2, to był koncert, który naprawdę miał być wydarzeniem muzycznym. Żadnego wieszania na krzyżu, okrągłych scen, pokoju na świecie i milionowych dekoracji, biciu rekordów w ilości widzów i blablabla. Dzięki temu mieliśmy okazję zobaczyć koncert, z którego chyba żaden fan nie mógł wyjść niezadowolony. Pod wieloma względami najlepszy koncert, na jakim byłam.  A Radiohead to zespół, który ludziom niekoniecznie kojarzy się dobrze. Jakieś plumkanie elektroniczne i smętne zawodzenie. Z grubsza ambitnie i nic się nie dzieje. Z grubsza - można się ciąć. Ale poznański koncert mógł udowodnić, że Radiohead w ciągu tylu lat naprodukowali dużo różnorodnej muzyki i mają co zaprezentować na koncertach. Pewnie niektórych nie przekonuje i nie przekona charakterystyczny styl grupy, ale - dla mnie ten wieczór był genialny.

Ale od początku. Dotarliśmy do Poznania i po kilkunastu minutach krążenia po mieście w poszukiwaniu pewnego parkingu (oraz wysłuchaniu parę ładnych razy klasycznego tekstu pani z GPSu: "Zjechałeś z trasy! Zjechałeś z trasy!"), wyruszyliśmy w drogę do Cytadeli. Poznań przygotował darmowe autobusy pod park, co było na pewno fajne. Niestety, nie przygotował Cytadeli na 40 tysięcy ludzi, co już tak fajne nie było. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Przy wejściu wyrzucili naszą parasolkę jako potencjalnie niebezpieczny sprzęt (no cóż...), ale bułki udało się wnieść. Widać bułka zabójczą nie jest.

A teraz do rzeczy! Supportem był zespół niemiecki Moderat, który z grubsza grał fajne techno. Niestety, nie byłabym w stanie przypomnieć sobie ani jednej melodii, a w zasadzie jak się zastanowię, to wszystkie piosenki brzmiały dla mnie tak samo, ale okej. Było nieźle. Wybaczcie mi to, bo wszak non stop zerkałam na zegarek... 'No fajnie, fajnie, a teraz Radiohead!', wiadomo ;P

Jak Niemcy zabrali swoje laptopy, rozpoczęło się oczekiwanie. 45 minut nudy i to na stojąco, bo jak już zajęliśmy w miarę dobre miejsca w tym naszym III sektorze, to żal było je opuszczać. Techniczni zajęli się podwieszaniem fajnej dekoracji... Widać dobrze tutaj:




Mnie tak gdzieś pięć minut przed koncertem oświeciło, że zaraz zobaczę Radiohead. Ha ;P Nadeszła 21.00. Intro z głośników. A więc to już.

Po pierwsze - światła były niesamowicie piękne i bardzo efektowne. Co widać na górze ;) Zespół zaczął od 15 step, czyli czegoś idealnego na początek. Fajny rytm i wszyscy się cieszą. Thom tańczy. Łi! Potem There There, intrygujący utwór, który zachwycił mnie tego wieczoru, a wcześniej nie zwracałam na niego większej uwagi. Potem zabrzmiało Weird Fishes/Arpeggi, które nabrało niesamowitej mocy na żywo. A zaraz potem mogłam rozkoszować się dźwiękami All I Need... Taak, to było dobre ^^ Łącznie zagrali 8 piosenek z In Rainbows, ale wbrew czarnym scenariuszom mojego brata ('Niee, nie zagrają nic z OK Computer. W ogóle nie będzie nic starszego niż Kid A.') większość setu zajęły piosenki ze wszystkich wcześniejszych płyt. Kiedy rozlegały się pierwsze dźwięki takich klasyków jak Paranoid Android, Karma Police, Street Spirit, tłum wybuchał wrzawą. No bo proooszę, Paranoid Android? ;) Wszystkie zostały odśpiewane chórem przez tysiące gardeł. Nie ukrywam, że z niemałym wzruszeniem nuciłam je sobie także ;) Zespół ładnie dziękował po każdym utworze, aż nagle podziękował po polsku, co zostało powitane wielkimi brawami (choć brzmiało to bardziej jak.. 'dzieeehuie barso') W ogóle panowie byli bardzo mili. Choć nie mówili zbyt dużo, w powietrzu było czuć naprawdę dobrą energię. Thom co jakiś czas wtrącał zdanie zapowiedzi albo coś chrząkał do mikrofonu. Częściej nawiązywał kontakt niewerbalnie, czego większość niestety mnie umknęła, a co teraz widzę na youtubie. Cóż, trzecia strefa... Nie muszę dodawać, że cokolwiek Thom powiedział, witane było owacjami i dziewczęcymi piskami... Ponoć któraś miała transparent z napisem Thom, Marry me (hm... ciekawe czy to na jego widok Thom zaśmiał się i powiedział: Yeah, that's sorta funny...) Co do innych piosenek, świetnie zabrzmiało i gitarowe Optimistic, 2+2=5, jak i elektroniczny Idioteque. Myxomatosis i Bodysnatchers zupełnie porwały tłum. Myxomatosis, no proszę... I znów wywijanie Thoma. Podstawową część koncertu zakończyło genialne Everything in Its Right Place... Ale to niemożliwe, żeby tak to się miało zakończyć!

I nie zakończyło się oczywiście. A bisów było dużo, oj dużo... Na początek, dzięki Bogu za You and Whose Army?, piękną piosenkę, podczas której ogromne oko Thoma mrugało do nas z telebimu i podnosiło brew. Naprawdę rozbrajające ^^ Radiogłowi zaprezentowali też swoją nową piosenkę, These Are My Twisted Words, a potem genialnie zagrali I Might Be Wrong i The National Anthem, co bardzo chciałam na tym koncercie usłyszeć. I znów, spełniło się ;) Na tym koniec 1. bisu. Niektórzy zaczęli się powoli wycofywać, ale nie, klaszczemy dalej. Drugi bis i Reckoner, a potem znów owacyjnie powitany Lucky. Czyż mogłoby być jeszcze lepiej? A jednak mogło.
Thom: We don't really know which songs you know and which you don't, 'cause we haven't been here for so fuckin' long. But, if you don't know this one, then we're really screwed. But I suppose some of you might know it. (cisza). Or not! Taaak, i Thom nie byłby sobą gdyby tą enigmatyczną, ironiczną wypowiedzią nie zapowiedział największego hitu swojej grupy, Creep. To było czyste szaleństwo. No bo jednak 40 tysięcy ludzi śpiewających 'but I'm a creep, I'm a weirdo...', ten manifest dziwaków, ofiar losu i nieprzystosowanych społecznie jednostek, było przeżyciem niesamowitym. Nie z tej ziemi.

A teraz wszystkim creepom, weirdom i innym pozostał youtube, niezastąpiony youtube. I czekanie na następny koncert Radiohead ;)



Thom, marry me! ;P



And Mr. Jonny Greenwood! Ten to ma łeb, ech... :)



I pan basista, Colin ;)



Pan Ed, od gitary i bębenków, i paru innych ciekawych instrumentów. Także chórkował nieźle.



I Phil The Drummer, co go bardzo podziwiam, że mu się chce tak bębnić. Ot, i koniec :)

skomentuj (5)



>> #70 - jazz-like << 2009-02-16 01:09:58

LIVEJOURNAL

Mój. I piszę tam różne rzeczy. Ale tego miejsca nie zostawiam. Zobaczymy, jak będzie, bo jeszcze nie wiem jak.

Nie śpię. Czuję zapach psa (lubię zapach psa). Nawet mi się nie chce spać. Słucham Johna i w ogóle nie chce mi się spać. Nie chce mi się też do szkoły iść jutro. W ogóle mam taki kryzys z chodzeniem do szkoły, że głowa mała. Może dlatego, że matura blisko i mam wrażenie, że jak do szkoły chodzę, to marnuję czas... A może raczej jestem niereformowalną domatorką.
W ogóle Stanisław Barańczak rządzi.
A postanowienia noworoczne of course już złamane ;)


And I get lonely,
Yeah I get lonely...

But I ain't that lonely yet.



O!
Tyle.

skomentuj (8)



>> #69 - szczęśliwego nowego jorku << 2009-01-04 22:20:47

Szczęśliwego Nowego Roku. Radości i miłości, i szczęścia. A także łutu szczęścia. Żeby się wiodło. Żeby się dobrze jadło i dobrze spało. Żeby się z przyjemnością budziło i zasypiało. Żeby cieszyło. :)

2009. Zupełnie przypadkiem rok mojego wejścia w dorosłość. Tak naprawdę niewiele się zmieniło, ja wciąż ta sama, ludzie naokoło tacy sami; tak to widzę. To tylko jakaś granica, którą trzeba było wyznaczyć (wszak wiadomo, że dziewczęta dojrzewają prędzej).
Czuję się spokojna i jednocześnie zupełnie nie-spokojna. Klęczę w kościele i myślę: Boże, jak ten świat może być taki piękno-straszny. Bo jest.


***

Miasto Z. w centrum świata jest oddalone od Nowego Jorku o 6800 kilometrów (4225,3 mili), od Londynu o 1347,7 kilometra (837,4 mili), od Madrytu o 2177,1 kilometra (1352,8 mili) i od Buenos Aires o 12207,0 kilometrów (7585,1 mili).

I o 2572,7 kilometra od Gazy.

***

A jak z postanowieniami noworocznymi...?

Po pierwsze - nie brać nigdy więcej dużego popcornu w kinie. Najlepiej w ogóle żadnego popcornu nie brać.
Po drugie - budzić się wcześnie i wychodzić na pole z psem. Biegać najlepiej.
Po trzecie - przetapetować pokój na zielono.
Po czwarte - nie obgryzać skórek.
Po piąte - nie zasypiać w ubraniu z książkami na łóżku i długopisami pod tyłkiem, żeby potem nie obudzić się rano w popłochu.
Po szóste - nie garbić się!

I mogłabym tak wymieniać i wymieniać moje żałosne próby osiągnięcia jakiegoś wyimaginowanego wyższego poziomu mojej egzystencji. Mogłabym zamieścić tu listę moich planów, które w głowie wyglądają pięknie i chcą zostać wydane na świat. Ale ja ich nie wypowiem. Bo plany się zmieniają, ja się zmieniam. Akomoduję się do tego, co napotykam. Jestem spokojna.

Do siego...^^

skomentuj (3)



>> #68 - jak w zwierciadle << 2008-12-02 14:32:48

Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz. (Św. Paweł)

Długość życia ludzkiego - to punkcik, istota - płynna, spostrzeganie - niejasne, zespół całego ciała - to zgnilizna, dusza - wir, los - to zagadka, sława - rzecz niepewna.
(Marek Aureliusz)


***

Mamy nowego domownika. Ma prawie 3 miesiące, jest śliczna i śpi ze mną. Innymi słowy, zamieszkał z nami pies.
To jest zobowiązanie. To znaczy wiedziałam, że nim jest, ale nie rozumiałam tego tak naprawdę, dopóki nie poznałam tego stworzenia. Myślałam, że to jest tylko dodatek do całej tej fajnej strony posiadania psa (nie lubię tego sformułowania - tak jakby można było posiadać cokolwiek żywego). Obowiązek, który będę, owszem, wykonywać, ale bez specjalnej przyjemności. Ale kiedy się nad tym zastanowiłam, uświadomiłam sobie, że ta odpowiedzialność jest właśnie najpiękniejsza. Mogę tylko zgadywać, ale chyba tak jest też z dzieckiem. Bo od nas zależy, kim się stanie w przyszłości, czy będzie posłuszne, szczęśliwe, czy odwzajemni nasze uczucie. W każdej chwili mamy wybór - uszczęśliwić to stworzenie albo pozbawić je beztroski, zaufania, wiary.
Lubię czuć się odpowiedzialna i ta świadomość - to jest tak jakby mnie trafił piorun.

***

A ja? Ja jak zwykle jestem chora i muszę leżeć w łóżku.
Tak więc zaczynam się bawić moją wyobraźnią. Dawno tego nie robiłam i obawiam się, że trochę wyszłam z wprawy. Nie będę tu pisać, o czym myślę, bo choć to śmieszne, nikogo poza mną nie rozśmieszy, i chociaż bywa piękne, dla wszystkich innych będzie to kompletną bzdurą. O nie, każdy musi znaleźć własny sposób i temat, a wtedy... Mówi się na to po angielsku natural high. Kiedy byłam mała, przychodziło mi to bardzo łatwo. Właśnie kiedy byłam chora, leżałam sama, nie było internetu i największą rozrywką były Giganty. Czasami brałam kartkę, zaczynałam coś bazgrolić, a czasami po prostu leżałam z zamkniętymi oczami i obserwowałam kształty i kolory pojawiające się po wewnętrznej stronie powiek.
To były czasy, kiedy pisałam pięciostronicowe powieści w stukartkowych zeszytach, bo miał być ciąg dalszy. On zawsze przerastał moje dziecięce możliwości.
Teraz mam mój ciąg dalszy, ale nadal nie umiem go zapisać. Jest szczęśliwy, słodkokwaśny, z dużą ilością nadziei, z górą miłości i wyrzutów sumienia. Przecina się z wieloma innymi, ma małe występy gościnne w czyiś innych życiach. Jest oparty na faktach i przez niego poznaję rzeczywistość. Jeśli dobrze pójdzie, kiedyś ktoś go uzna za użyteczny, ważny, ciekawy, może nawet niezbędny. Może już teraz, na tym etapie wstępnego szkicu, kiedy większość rzeczy ma znaki zapytania i jest powycierana gumką, może już teraz...? Lubię tę myśl.


***

Świat jest niesamowity - w Szwajcarii uzależnionym dają heroinę legalnie, żeby nie robili tego nielegalnie i żeby ulice były ładniejsze.
Żyjemy w najlepszym w możliwych światów, prawda?

skomentuj (2)



Porcupine Tree; lay by ME

to też ja: jazzlike

oglądam
Greco
Munch
Vermeer
Siudmak
Kusturica
Tarantino
Allen
Burton
FilmWeb

internetowo
elpais.com
nytimes.com
bralczyk
dziennik.pl
gildia.pl

czytam
hispanoamericana
Herbert
Shakespeare
Kafka
Smith
Irving
Plath
Fowles
Wilde
Tokarczuk
Gaiman
Pratchett
King
Sapkowski
Tolkien

słucham
bas...
world music
art rock
jazz i fusion
LastFM

miejsca
Hiszpania
4kultury
Teatr Witkacego
EMPiK
MOK
Kino Charlie

ludzie
antek
faleczka
aelirenn
kredka
rozczochrana
roel
damroka
amayor
mercy
utopia-illusion
kubolski
yavanna
drozd